niedziela, 31 stycznia 2016

Anthony Doerr "Światło, którego nie widać"

Autor: Anthony Doerr
Tytuł: Światło, którego nie widać
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 640
Moja ocena: 9/10

Szesnastoletnia niewidoma Paryżanka i siedemnastoletni niemiecki sierota wychowujący się w domu dziecka. Co ich łączy? Można powiedzieć, że jedynie czasy, w którym przyszło im żyć. Albo raczej aż czasy, w którym przyszło im żyć.

Marie-Laure traci wzrok w wieku sześciu lat. Ojciec wychowuje ją sam i robi wszystko, by w jak największym stopniu dziewczyna stała się samodzielna. Werner Pfenning razem z siostrą wychowuje się w domu dziecka w Niemczech – stracił rodziców, gdy był mały. Od najmłodszych lat fascynuje się radiem – jego budową i działaniem.


Z dnia na dzień życie dwojga nastolatków ulega drastycznej zmianie. Z dnia na dzień tracą poczucie bezpieczeństwa a ich przyszłość staje pod znakiem zapytania. To dzień, w którym Niemcy najeżdżają Francję. Dzień, który zwiastuje nadejście drugiej wojny światowej.



Nie chce pić herbaty ani jeść mięsa z puszki, ciągle ściga go martwe dziecko. Martwa dziewczynka na niebie, martwa dziewczynka za oknem, martwa dziewczynka w odległości dziesięciu centymetrów. Dwoje wilgotnych oczu i dziura po kuli przypominająca trzecie oko, które nigdy się nie zamyka.

Przed przeczytaniem „Światła, którego nie widać” miałam duże obawy. Czytałam wiele opinii, których autorzy byli podzieleni. Z jednej strony pojawiały się opinie świadczące o tym, że ta pozycja jest arcydziełem, z drugiej natomiast grupa czytelników krzyczała, że książka jest nudna i przereklamowana. Po przeczytaniu mogę powiedzieć, że zdecydowanie zaliczam się do pierwszej grupy.

To nie jest powieść z rodzaju tych, które można przeczytać szybko. Anthony Doerr zmusza czytelnika do zatrzymania się i pochylenia nad bohaterami i tym, co ich spotyka. Zmusza do refleksji i przewraca do góry nogami dotychczasowe wyobrażenia o wojnie. Złapałam się na tym, że po raz pierwszy pomyślałam o osobach niepełnosprawnych, które żyły w czasie wojny. Po raz pierwszy pomyślałam też sierotach, które wtedy żyły. Jaki los ich spotkał? Kto się o nich martwił? I czy ktoś w ogóle? Rodziny miały chociaż wzajemnie siebie. Jeśli umierały, to umierały często znając smak miłości i ciepła domowego. Nie mówię, że to coś zmienia, ale zawsze wydawało mi się, że łatwiej odchodzić wiedząc, że było się dla kogoś ważnym. I powiem szczerze, że zrobiło mi się wstyd. Wstyd, że moje myślenie było schematyczne. Że dopiero teraz poczułam przerażenie wojną. Gdy wyobrażałam sobie ciemny świat, wypełniony odgłosami wybuchów, krzyków i płaczu. Gdy nie masz pojęcia, co się dzieje i nie wiesz, czy przed Tobą właśnie ktoś stoi i w Ciebie celuje. I nie wiesz, czy jest droga ucieczki, a jeśli jest, to i tak możesz jej w porę nie znaleźć.


Drogę oświetla metaliczny, poszarpany blask księżyca, na polu pasie się biały koń, po niebie przesuwa się snop światła reflektora, a kiedy przejeżdżają obok górskiej chaty, Werner widzi przez ułamek sekundy Juttę siedzącą przy stole, uśmiechnięte twarze otaczających ją dzieci, haft Frau Eleny nad zlewem i trupy tuzina niemowląt w beczce za piecem.

Autor zaprasza nas do spojrzenia na wojnę z perspektywy dwojga nastolatków, którzy znajdują się po przeciwnych stronach barykady, a tak naprawdę są po tej samej, tylko zostali zmuszeni do nienaturalnych wyborów. Przez całą książkę czekałam na to czy się spotkają. Czy im się uda, a jeśli tak, to jak to spotkanie będzie wyglądało. Moje tradycyjne, stereotypowe myślenie bezustannie podsuwało mi pytanie – czy się w sobie zakochają? Czy będą razem i przełamią dzielące ich bariery?


On tu jest. Jest tuż pode mną.
Zrób coś. Ocal ją.

Po raz kolejny poczułam wstyd. Marie-Laure przeżywa dramat niepewności w towarzystwie nieustającego strachu, próbując odnaleźć się w ciemności niby znanej, a jednak zupełnie nowej rzeczywistości. Werner zostaje rozdzielony z siostrą i nie wie, czy kiedykolwiek ją jeszcze zobaczy. Zmuszony zostaje do patrzenia na cierpienie bliskich mu osób – a ja zadaję sobie pytanie, czy połączy ich miłość. Tak po prostu, jakby to wszystko wokół nich nie miało znaczenia, jakby najważniejszą kwestią było ich spotkanie.


Otwórzcie oczy i popatrzcie na to, co możecie zobaczyć, nim zamkniecie je na zawsze.

Skończyłam czytać „Światło…” o 4 rano. Zostawiło po sobie ślad. Wywołało we mnie głęboki smutek. Nie taki jednak, jak wywołują typowe dramaty, nie było łez i łapczywego łapania oddechu. Był po prostu smutek. Refleksyjny, ale głęboki. Przepełniający smutek. Może dlatego, że był prawdziwy. Nie chwilowy, tylko ten, który coś uzmysławia. Może dlatego, że moje myślenie o wojnie, które zwykle staram się odsunąć jak najdalej, właśnie w tym momencie się zmieniło. Może dlatego, że w tamtej chwili chciałam innego życia dla Marie-Laure i innego losu dla Wernera. Może dlatego, że poczułam jeszcze większą złość na to, że ludzie wciąż potrafią zabijać – no właśnie, dla czego? Dla jakich korzyści? Co jest warte więcej niż ludzkie życie? I chyba poczucie, że nigdy nie znajdę odpowiedzi na to pytanie spotęgowało jeszcze moje odczucia.


- Co teraz zrobimy, tato?
- Będziemy mieć nadzieję, że złapiemy pociąg.
- Co robią inni?
- Też mają nadzieję.



Czy tak trudno sobie wyobrazić, że tymi samymi ścieżkami mogą wędrować dusze?

Anthony Doerr maluje piękny obraz słowami. Oczami wyobraźni widziałam nie tylko miejsca, w których żyli bohaterowie, ale również jaskinię wypełnioną ślimakami, czułam dotyk zimnej wody na stopach, gdy Marie-Laure do niej wchodziła i czułam słony zapach wody. Widziałam fale radiowe, które przecinają niebo i łączą ze sobą najbardziej odległe zakątki ziemi. I co najważniejsze – zobaczyłam światło, którego nie widać.





21 komentarzy:

  1. W trakcie czytania byłam pod wielkim wrażeniem stylu i sposobu skonstruowania historii, jednak jak tylko ją zamknęłam to o niej zapomniałam. Zabrakło mi tego CZEGOŚ w niej. Ale nie żałuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W różnych momentach życia, po różnych przeżyciach doświadczeniach, czasem nawet chwila, dzień moment decydują o tym, komu dana książka zagra na sercu, a komu nie. I to też jest piękne, że jesteśmy tak różni, dostrzegamy różne rzeczy. Mi akurat w tamtym momencie wszystko się zgrało, być może ta 4 rano sprawiła, że pochłonęła mnie refleksja i pojawił się nocny smutek. Dzięki za opinię! :)

      Usuń
  2. Światło... to wciąż książka której nie przeczytałam, a której przeczytanie obiecuję sobie od dłuższego czasu. Sama nie wiem. Może nie sięgam po nią teraz, bo wiem, że bedzie pewnie i smutna, a takich pozycji staram się teraz unikać? Kiedyś na pewno nadejdzie jej chwila. Ten moment, kiedy wszystko się zgra, jak napisałaś w komentarzu powyżej - swoją drogą bardzo celnie.

    A tak nie na temat, miło mi spotkać "internetową imienniczkę". Jak zauważyłam adres bloga, to wiedziałam, że muszę zajrzeć.
    +Całkiem zakochałam się w tym pięknym kocie na zdjęciach. Jest cudowny! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że to książka dosyć trudna, więc jeśli jesteś w takim momencie życia, że unikasz smutku, to może faktycznie lepiej go sobie nie dokładać. Ale w perspektywie przyszłości warto się z nią zapoznać :)

      Mi również bardzo miło imienniczko :) Blair to imię mojej kotki, stąd nazwa bloga. Takie było założenie, ponieważ Blair zawsze jest gdzieś w pobliżu, gdy tylko zaczynam czytać. Bardzo chętnie będę do Ciebie zaglądać! :)

      Usuń
    2. Imię tak zacne, jak sam kot! :) Jestem pewna, że jeszcze nie raz wpadnę, żeby zobaczyć co tu dobrego słychać!

      Usuń
  3. Ciekawie napisana recenzja :) czuje się zachęcony do lektury tej książki :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa. Koniecznie daj znać o swoich przemyśleniach po lekturze, bo jestem bardzo ciekawa :)

      Usuń
  4. Książka, w mojej opinii, rewelacyjna. Świetny styl, wciągająca fabuła, niesamowici bohaterowie. Być może jestem stronnicza, bo jestem historykiem i książki w realiach historycznych uwielbiam, ale przecież nie tylko o to chodzi. Cieszę się, że Tobie też się podobała!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całkowicie się z Tobą zgadzam! Ja z kolei nie jestem historykiem, nawet trochę uciekam od tego typu wątków, ale ta książka mnie zachwyciła! :)

      Usuń
  5. A ja jestem dopiero trzecia w kolejce do rodzinnego egzemplarza. Twoja recenzja tylko upewna, że warto czekać.
    PS. fajny kot i, jak widać, bardzo przejęty lekturą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Blair przeżywa przygody razem z bohaterami! ;) Podziel się wrażeniami po przeczytaniu :)

      Usuń
  6. Nie mogę się doczekać, aż dorwę tę książkę. Kojarzy mi się nieco ze Złodziejką Książek, która bardzo mi się podobała. Jak dotąd czytałam same pozytywne recenzje "Światła...", jestem naprawdę ciekawa, jak na nią zareaguję :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z kolei "Złodziejki" jeszcze nie czytałam, ale kiedyś na pewno sięgnę! Przyjemnej lektury! :)

      Usuń
  7. Muszę koniecznie przeczytać tę pozycję! Widzę ją wszędzie :D jestem jej bardzo ciekawa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, "Światło" jak książki Mroza - są teraz wszędzie :D Ale to dobrze, bo może inaczej bym o nich nie usłyszała ;)

      Usuń
  8. Dobra recenzja. To zacna książka, a smutek o którym piszesz jest realny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za te słowa. Bałam się, że nie będę umiała ubrać w słowa swoich emocji.

      Usuń
  9. Pięknie opisałaś tę książkę. Gdyby nie fakt, że już ją przeczytałam, po takiej recenzji bardzo chciałabym to zrobić. Tak, "Światło, którego nie widać" to wyjątkowa książka. Ja także byłam mocno ciekawa, czy bohaterowie się spotkają i jak to spotkanie przebiegnie. I także liczyłam na "coś" między nimi, tak więc nie jesteś sama. ;)
    P.S. Przepiękne zdjęcia. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ufff, jak dobrze wiedzieć, że nie tylko ja mam takie oczekiwania podczas czytania książek! :) Dziękuję za miłe słowa :))

      Usuń
  10. świetna recenzja. dla mnie była to jedna z najlepszych książek jakie czytałam w 2015 roku. pozdrawiam :)
    wyznaniaczytadloholiczki.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  11. Książkę kupiłam w grudniu i...do tej pory jej nie przeczytałam. Pan w księgarni bardzo zachwalał tę pozycję, szczególnie "plastyczne" opisy miejsc i zdarzeń, które pozwalają na dokładne wyobrażenie sobie wszystkiego. Okazuje się, że dla mnie to raczej minus, na dłuższą metę męczy mnie ten sposób pisania. Mam jednak nadzieję, że uda mi się przebrnąć, dla historii samej w sobie. Może potowarzyszę Marie-Laure dzisiejszego wieczoru?;)

    OdpowiedzUsuń